poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Lipiec

Lipiec był dla mnie bardzo intensywnym miesiącem.
W pracy byłam tylko dwa tygodnie a działo się bardzo dużo, sporo zmian, czy na lepsze - niestety nie.


Miesiąc rozpoczęliśmy bardzo miło i już to u nas jest tradycja , od 4 lat, co roku na początku lipca wraz ze znajomymi jeździmy do Kobylnicy na Festiwal Disco Polo. W tym roku oczywiście również byliśmy , z dużą , zgraną ekipą bardzo fajnych ludzi , z którymi ten wieczór to była mega przyjemność  i mam nadzieję , że w przyszłym roku spotkamy się z tą samą ekipą !!





Tak na marginesie, bardzo fajna impreza, dobrze zorganizowana, jest kulturka można naprawdę miło spędzić wieczór.


W lipcu też mój Mąż ma urodziny. Miło spędziliśmy czas w gronie najbliższych, następnego dnia wybraliśmy się na małą wycieczkę z przyjaciółmi.






  Na swoich urodzinach Mój Mąż chwalił się swoją nową zajawką - robił dla wszystkich drinki . Nawet moja Mama się skusiła :)



Z Przyjaciółmi wybraliśmy się do Gdyni na Koło Widokowe.
Świetna atrakcja, super widoki, nam dodatkowo dopisała pogoda. Bilet dla osoby dorosłej to 25 zł koło bardzo powoli robi 3 lub 4 rundy.








Na piwo wstąpiliśmy do Browaru Port Gdynia. Pisałam już kiedyś o tym miejscu.
Miejsce godne polecenia ze względu na klimat, widoki, dobre piwo i znośne ceny.




Jeden z prezentów mojego Męża. Bardzo pomysłowy :)




Mała wycieczka z Teściami. Staramy się czas razem spędzać w miarę aktywnie i przy każdej możliwej okazji wyciągać Teściów z domu. 





W tym miesiącu też spędziłam trochę więcej czasu u moich Rodziców.
Złożyło się na to trochę rzeczy między innymi to,że Mama miała urlop, rozpoczęli remont , a i mój Mąż zmienił godziny pracy więc nie musiałam spieszyć się do domu.

Lubię ten ogród, co prawda wymaga "remontu" , ale zabierzemy się za to w przyszłym roku.
Mimo, że nie mieszkam tam już trochę czasu, dalej uważam to miejsce jako MOJE miejsce .


 

Ciasto u Mamy na balkonie zawsze smakuje inaczej - lepiej !. 



Lipiec nie oszczędził mnie też jeśli chodzi o lekarzy i badania.
18 lipca trafiłam do szpitala, później operacja i dość długa i nie powiem, że nie bolesna rekonwalescencja. 





Ja akurat miałam to szczęście, że trafiłam na mega dobrą opiekę. Pielęgniarki bardzo sympatyczne i pomocne.





Miałam czas na nadrobienie zaległości czytelniczych.






















Jak już byłam w stanie wyjść z łóżka, to spędzałam sporo czasu na balkonie z książką. 
   



W międzyczasie też poreperowałam swój bark. Mała rehabilitacja i tejpy. Czuję różnicę. Polecam. 



Nawiedziło nas kilka burz. W sumie cały jeden tydzień był burzowy. Kiedyś bałam się burzy, wierzyłam we wszystkie przesądy i siedziałam w ciemnym mieszkaniu przy świeczce.
Dziś chyba burze polubiłam.




Takie fajne buty kupił mi Mąż . Buty bardzo fajne, cena jeszcze lepsza - mniej niż 100 zł :)





Mam nadzieje , że sierpień będzie zdecydowanie lepszym miesiącem. Od dziś wróciłam do pracy. Ciężko było pierwszy dzień przeżyć, ale mam  nadzieję , że już teraz pójdzie z górki.
Od 25 sierpnia zaczynam urlop więc tym lepiej dla mnie . 

piątek, 4 sierpnia 2017

"Carpe diem" Diane Rose

"Carpe diem" Diane Rose
Hymm... od czego by zacząć.
Bardzo zależy mi na "porządnie" napisanej opinii.



Może zacznijmy od tego, że sama nigdy bym po tą książkę nie sięgnęła.
Tytuł dla mnie na takie typowo babskie książki . Zdecydowanie wolę kryminały i to po nie sięgam "z własnej woli ". 
Inne książki czytam tylko z polecenia. 


Na tą książkę po przez tytuł i tematykę pewnie sama bym nie zwróciła uwagi.
Tę książkę poleciła mi znajoma Pani. Przyszła do mnie dumna jak paw i mówi że będzie nieskromna i będzie się chwalić.
Bardzo lubię tę Panią poznałam ją w pracy, lubię kiedy do mnie wpada i opowiada co  u niej, dla niej zawsze chwilę znajdę .
Więc Pani J. podchodzi do mojego biurka dumna, wyprostowana z uśmiechem od ucha do ucha i w garści trzyma  zawiniątko w reklamówce. Siada i delikatnie, powoli rozwija zawiniątko.
Wyciąga z reklamówki jakiś przedmiot w jeszcze jednej reklamówce i ukazuje mi się książka. Pani J. podaje mi ją i mówi, że tę książkę napisała jej wnuczka . Nie będzie mi o tej książce opowiadać, ale mi ją poleca. Dla potwierdzenia swoich słów pokazuje dedykację. 
Po krótkiej rozmowie Pani J. pieczołowicie pakuje książkę w kolejne warsty reklamówek i siatek - żeby książki nie uszkodzić.
Na odchodne dodaje , że jak już wrócę ze szpitala, to Pani do mnie przyjedzie, żebyśmy wymieniły się opiniami.
Na początku pomyślałam, że jeśli książka będzie kiepska, to będę musiała coś wymyślić, żeby 
przesympatycznej Pani J. nie urazić, ale że i tak i tak szłam do szpitala, a kolejka książek do czytania się  zaczęła zmniejszać postanowiłam tę książkę przeczytać.
Oczywiście w bibliotece jeszcze nie była dostępna , a  że byłam w Empiku postanowiłam kupić. A co mi tam... I jakież było moje zdziwienie , ze nie było ani jednego egzemplarza !!
 Pani sprawdziła w bazach i brak książek w mojej okolicy ! 
Sklep internetowy też wyczyszczony . po dłuższych poszukiwaniach w księgarniach dostałam książkę w Świece Książki, dodam  że były  na stanie tylko 3 egzemplarze! 
To zaczęło mnie zastanawiać, więc tym chętniej zabrałam się do czytania. 

Spodobało mi się moje wydanie ponieważ jest dość spora czcionka ,a kartki są lekko żółte, przez co mi zdecydowanie wygodniej się czyta.



Książka opowiada o młodej 22 letniej Rose. 
Rose jest studentką prawa, jej rodzice nie żyją , mieszka ze starszym bratem, który od małego się nią zajmował.
Brzmi ckliwie, też tak myślałam. 
Rose choruje. W pewnym momencie dowiaduje się, że potrzebuje przeszczepu. Lekarze dają jej około 700 dni życia. 
Dalej brzmi łzawo. Już pewnie maluje się Wam obraz ckliwej książki z biedną chorą młodą dziewczyną, coś w stylu "Szkoły uczuć " , swoją drogą chyba nie lubiłam tego filmu ze względu na to, ze wszystkie dziewczyny w szkole  ciągle o nim opowiadały i rozpaczały.
Ale wracając do książki. 
Zaskoczyła mnie. Książka jest jakby Pamiętnikiem Rose i Daniela. 
Rose odlicza dni do swojej śmierci. Nie ma co ukrywać nie chce walczyć.  Poddała się, naśmiewa się ze śmierci, cały czas zakłada że każdy dzień jest tym ostatnim, stąd tytuł carpe diem.
Traktuje to bardzo poważnie. Odlicza dni ile jej zostało. Każdy dzień jest pokrótce opisany. W pewnym momencie do tych  dni dochodzi Daniel. 
W tym momencie poznajemy "charakterek " Rose.
 Nie mówi ona Danielowi , że jest chora. Denerwuje go jej życie chwilą, ale z drugiej strony fascynuje go. 
Spotykają się i ... no właśnie, więcej nie napiszę.

 Radzę samemu przeczytać, nie chcę psuć frajdy z czytania.
Ta książka była tak fajna, tak wciągająca, że czytając ją byłam w środku.
Byłam jakby częścią historii , przyglądałam jej się z bliska. Szkoda mi było kończyć czytać, wyliczałam sobie ile mogę danego dnia przeczytać. Czyta się ją bardzo lekko.


Siedząc w poczekalni u lekarza uśmiechałam się do książki, zdarzyło mi się zaśmiać na głos, czy wywrócić oczami, na niektóre zachowania główniej bohaterki.
Pod koniec książki łzy same leciały mi z oczu nie mogłam ich powstrzymać. 

Książka opowiada o miłości rodzeństwa, o miłości do partnera /  partnerki, o przyjaźni, podejściu do życia..
Przy niej i się śmiejemy i płaczemy. 


Książka ta daje do myślenia. Dzięki niej trochę zwolniłam, spojrzałam na siebie i swój wyścig szczurów.
W książce poznajemy Tomka, on chorował na raka, wygrał, ale czy choroba nie wróci? On również żyje według Carpe Diem, ale trochę inaczej. Rose wie mniej więcej ile czasu jej zostało, poznała wyrok i pod to układa swoje życie. Tomek , jak sam stwierdził siedzi na tykającej bombie. 

Książka dała do myślenia. Sposób w jaki jest napisana motywuje nas do chwilowego zatrzymania się, spojrzenia na siebie, na swoje życie i na to, czy aby na pewno nasz pościg jest sensowny.

Polecam z czystym sercem, cieszę się, że kupiłam tą książkę, mogę ją "puścić dalej".
Aktualnie podrzuciłam ją mojej Mamie, później trafi do moich dwóch przyjaciółek.

Cieszę się, że Diane nie kończy na tej książce, że w przygotowaniu ma już kolejne. O ile dobrze pamiętam będą to kryminały, czyli coś co na prawdę lubię. Mam nadzieję, w sumie wierzę w to, że kolejne książki będą równie dobre, lub lepsze i że będzie ich jeszcze duuużo dużo :)






czwartek, 3 sierpnia 2017

Podróże małe i duże

Jakiś czas temu z rodzicami Męża wybraliśmy się na niedzielną wycieczkę.
Pogoda była taka sobie i też za daleko nie chcieliśmy jechać, więc nasz wybór padł na ZOO w Gdańsku.
Bardzo lubię te ZOO. Głównie chyba za to, ze można tam spędzić cały dzień i się nie nudzić.

ZOO w Gdańsku jest największe w Polsce pod względem powierzchni (ponad 120 hektarów)
Wybiegi dla zwierząt są duże oraz tak skonstruowane, że zwiedzający bez większych problemów może podglądać zwierzęta. 
Co kawałek znajdują się ławki, jest też sporo toalet .
Na terenie ZOO jest miejsce gdzie można coś zjeść, kupić pamiątkę. 

W "wysokim sezonie", czyli od 1 lipca do końca sierpnia bilet jest dość drogi - normalny 30 zł
W późniejszym czasie cena spada, zimą ZOO można zwiedzać za połowę ceny - 15 zł .
Dla mnie ta cena nie jest odstraszająca, ponieważ w tym ZOO widać, że te pieniądze inwestowane są w obiekt. Warto pamiętać , że ZOO to żywe zwierzęta, których wyżywienie, opieka weterynaryjna itp kosztuje. 
Idąc np do jakiegoś parku dinozaurów płacimy podobne pieniądze, przy czym utrzymanie jego jest dużo tańsze, także nie rozumiem słów krytyki jakie słyszałam stojąc w kolejce do kasy. 


Nam udało się trafić na porę karmienia. Była to dodatkowa atrakcja zwłaszcza dla dzieci, które miały szansę zobaczyć, co jedzą zwierzęta, w jakich ilościach i jak reagują na osoby, które je karmią. 
\













Kangur na pierwszym planie ma w torbie maleństwo :)
Lekko wystają mu tylko uszka.




Następnie udaliśmy się na spacer na Skwer Kościuszki i na rejs statkiem. 



Niestety tak jak widać, pogoda bardzo się popsuła, zerwał się wiatr a po chwili przyszedł deszcz.
Statek nie dostał zgody na wypłynięcie w morze. 






Rejs trwał około 45 minut, koszt takiej przyjemności 30 zł od osoby dorosłej.


Tym statkiem płynęliśmy.
Myślę ,że przy ładnej pogodzie jest to bardzo fajna atrakcja. 




Zdjęcie poniżej pokazuje pogodę przy jakiej wchodziliśmy na pokład statku Halina :)



Przez pogodę postanowiliśmy powoli wracać do domu.
W drodze powrotnej wstąpiliśmy na obiad do restauracji Kredens w Rumi.
Od tej chwili wszystkim tą restaurację polecamy. 
Mega klimat, wystrój, obsługa. Do tego dobre ceny, duże porcje. 



W resrauracji było pełno ludzi, więc zdjęcia nie są super ujęciami ze względu na to, że nie chciałam nikomu przeszkadzać.


Bardzo fajne , krótkie menu , a myślę,że każdy tam coś dla siebie znajdzie.



Ta mała sofka, to jest pudełko na chusteczki .



W takim kubku dostaje się rachunek :)




Później zabraliśmy tam naszych przyjaciół.
Również restauracja była pełna.
Im także tam sie spodobało i jest to ich ulubione miejsce :)



Następny punkt wycieczki - Groty Mirachowskie. 



Groty są malutkie, ich zwiedzenie zajmie maksymalnie 5 minut, ale i tak warto zajechać.
Wstęp to coś około 5 zł.
Groty w środku są bardzo wąskie i niskie.





tak wyglądają one z zewnątrz 


Odkryto je około lat 60 tych .
Kiedyś te groty stanowiły jedną dużą jaskinię , która została zniszczona po przez podebranie żwiru









Ostatnie miejsce gdzie zajechaliśmy był to Cmentarz Ofiar Piaśnicy.
Wstyd się przyznać,ale nigdy wcześniej tam nie byłam.
Słyszałam co nieco ale nic konkretnego i też nie czułam powagi miejsca póki go nie zobaczyłam.
Piaśnica jest to jedno z największych kaźni ludności polskiej na Pomorzy Gdańśkim w czasie II wojny.
Niemcy zamordowali tu około 14 tys ludzi - przedstawicieli tak zwanej polskiej inteligencji .
Piaśnica jest czasem nazywana "drugim Katyniem".
Miejsce to znajduje się około 10 km od Wejherowa, zostało wybrane przez niemców najprawdopodobniej ze względu na dobry dojazd koleją, bądź samochodem a miejsce mimo to dość odludne. 



W 1944 roku Niemcy zaczęli zacierać ślady po zbrodni, zlecili rozkopywanie grobów i palenie ciał.
Osoby, które brały udział w tym zostały również tam zabite i spalone. Po to aby uniemożliwić odkrycie zbrodni. 



Po kilku latach odnaleziono 30 zbiorowych mogił (świadkowie twierdzili , że jest ich 35), z czego 26 grobów zostało przebadanych.


W latach sześćdziesiątych znaleziono kolejne mogiły i paleniska. 

Ślady tych palenisk do dziś widnieją na drzewach.



Na zdjęciu powyżej widać popękaną korę drzew, to od temperatury paleniska.

W lesie powstał Pomnik Ofiar Piaśnicy, są również tablice z dokładna lokalizacją 26 mogił. 



.



”.