środa, 28 lutego 2018

Paznokcie luty

Luty to najkrótszy miesiąc w roku, a mi się wydawało, że ciągnie się w nieskończoność.
U mnie właśnie zima w pełni, temperatura mocno na minusie, śniegu dużo.. z domu wychodzić mi się nie chce. Dziś umilam sobie dzień budyniem :)






Moje dzisiejsze paznokcie. Czarny lakier z Miss Sporty nr 080., miętowy to Rimmel 60 seconds Super Shine  nr 873, breakfast in bed.




Kolejne paznokcie zrobione lakierami Golden Rose 







 Kolejne bardzo podobne do poprzednich, zdecydowanie te trzymały mi się najdłużej .




Tutaj są lakiery, których użyłam.





Czerwień też była, niestety wcale nie chciała się trzymać na paznokciach.
Nie wiem czemu, nie raz nim już malowałam paznokcie i było okej...




Na następny dzień zmyłam lakier, pomalowałam na nowo tym samym lakierem i tym razem trzymał się lepiej. Niestety nie zrobiłam sobie ładnego zdjęcia ;/




Połączenie różu i nude mi średnio przypadło do gustu, ale innym się podobało :)



Lubię malować tym lakierem ze względu na wygodny pędzelek, konsystencję i to jak ładnie lakier wygląda, gdy wyschnie.




Nudziak ciężko się nakładał, zrobił się lekko gęsty, smuży i trochę trzeba się napracować przy nakładaniu.


Z paznokci zrobionych w lutym, chyba najbardziej podobają mi się aktualne, czyli czerń z miętą.
Na marzec już kilka pomysłów w głowie siedzi :)


Pozdrawiam

piątek, 23 lutego 2018

Podsumowanie roku 2017

Bardzo długo nosiłam się z zamiarem napisania tego postu.
Nie wiedziałam, czy dobrze zostanie odebrany, czy napiszę go dokładnie tak, jak bym chciała żeby wyglądał... Ale raz się żyje !

A więc, żeby we właściwy sposób podsumować rok 2017 muszę cofnąć się lekko do roku 2016.
Pod koniec roku 2016 awansowałam w pracy , miałam dość stabilną sytuację finansową.
Od pewnego czasu z mężem staraliśmy się o dziecko, po kilku cyklach bez powodzenia postanowiłam udać się do swojego ginekologa, niestety nie udało mu się nam pomóc.
I tu już wchodzimy w 2017 rok.
Naszym postanowieniem na 2017 rok było między innymi zapisanie się do kliniki zajmującej się leczeniem niepłodności. Jeszcze w styczniu zadzwoniłam i umówiliśmy się na marzec na pierwszą wizytę. Podjęliśmy leczenie, dużo badań, dużo jeżdżenia , sporo nerwów...
Ale naszym drugim postanowieniem na 2017 rok było spędzanie więcej czasu razem, więcej zwiedzania, więcej czasu ze znajomymi, a mniej zamartwiania się .
Całkiem sporo wypadów udało nam się zaliczyć, do tego kilka, no może kilkanaście na prawdę miłych wieczorów ze znajomymi.


Sporo czasu poświęciliśmy sobie nawzajem oraz sami dla siebie.
Zainwestowanie w siebie to było chyba najtrudniejsze z naszych postanowień do zrealizowania i nie chodziło tu o inwestycje finansowe, raczej czas na relaks, na zadbanie o ciało czy duszę.
Ale nie zniechęcaliśmy się , potrzebowaliśmy tego co raz bardziej, zwłaszcza ja, pracę od zawsze miałam stresującą, typowy wyścig szczurów, do tego wizyty w klinice..


W kwietniu postanowiliśmy, ze jedziemy na urlop.
Wybraliśmy Zakopane na ostatni tydzień sierpnia i Wrocław (nasze ulubione miasto) na pierwszy tydzień września.
Na koniec marca wyskoczyliśmy do Torunia na kilka dni.
W końcu w maju miałam mieć planowany zabieg, który mógł wykluczyć jedn z powodów dlaczego mam problem z zajściem w ciążę.
Grzecznie stawiłam się w szpitalu na zabieg, ale w trakcie okazało się że nie są w stanie przeprowadzić go, ponieważ podejrzewają endometriozę.
Mało nie zemdlałam na stole zabiegowym. Nic nie wytłumaczyli, kazali się spakować i umówić na laparoskopię oraz na ten sam zabieg tylko przy użyciu innego sprzętu w znieczuleniu ogólnym.
Kolejny miesiąc, kolejny cykl w plecy.


Co raz bardziej męczyła mnie sytuacja z leczeniem, w pracy zmiana menedżera , jeszcze bardziej dokręcona śruba. Nie rozstawałam się z telefonem służbowym i meilem 24 na dobę.
Oczywiście odbijało się to na relacjach z Mężem.
W lipcu laparoskopia , okazało się że wszystko jest okej, nie ma żadnych zrostów, czy tym podobnych rzeczy. Kamień z serca. Dwa tygodnie zwolnienia lekarskiego , i wtedy czara goryczy się przelała. Cały czas byłam na telefonie, pod meilem, stwierdziłam że mam dość
Kolejna ważna decyzja.




Po urlopie nie wracam do pracy. Szukam czegoś innego, bez ciśnienia na tydzień przed urlopem wysłałam dokładnie jedno CV. Na drugi dzień oddzwonili, zaprosili na rozmowę.
Nie byłam przekonana , czy im się spodobam, sama też nie widziałam czy dobrze robię.
Branża ta sama, ale zupełnie inny styl pracy, kasa  o połowę mniejsza..
Przed wyjazdem na urlop wizyta w klinice, zapowiada się brak owulacji, ten cykl na straty, spotkamy się 13 września.
Wyjechaliśmy na urlop. Zabraliśmy ze sobą teściów (tak wiem , to był głupi pomysł, na pewno następnym razem trzy razy przemyślę swój pomysł zanim coś chlapnę :P ).
Na urlopie odpoczęłam !! Totalnie olałam pracę, wiedziałam że do nich nie wrócę, spakowałam większość rzeczy i zabrałam przed urlopem, telefon służbowy zdałam Time Leaderowi, meila wyłączyłam. Na prawdę odpoczęliśmy oboje.



Podjęliśmy tam tez decyzję , że na razie odpuszczamy staranie o dziecko, kosztowało nas to sporo nerwów, za dużo spraw się na piętrzyło na raz.
Będąc na urlopie dostałam wiadomość , że na rozmowie kwalifikacyjnej dobrze wypadłam, ze chcą nawiązać jak najszybciej współpracę. Przez telefon złożyłam wypowiedzenie w poprzedniej firmie.
Spadł mi kamień z serca. Reszta urlopu minęła nam świetnie, na luzie, bez zmartwień.
Wróciłam z urlopu. Dokładnie 11 września miałam stawić się w starej firmie.
11 września rano, jak co miesiąc już chyba z przyzwyczajenia zrobiłam test ciążowy. Tego wymagało ode mnie leczenie, robienie testów ciążowych i owulacyjnych w określonym czasie żeby móc dalej się leczyć.
Nawet nie czekałam za bardzo na wynik. Szykowałam się dalej do pracy, chcąc wyrzucić test przed wyjściem do pracy spojrzałam na niego przelotnie i zamarłam. Dwie kreski. Moja myśl : to jakiś żart.
Tyle starań, nic nie wychodziło , podjęcie decyzji o zmianie pracy, odpuszczenie trochę starań a tu taka niespodzianka... Ta druga kreska była blada więc nie chciałam się nakręcać, postanowiłam w drodze z pracy kupić inny test.



 Stawiłam się w starej firmie podpisać niezbędne dokumenty, zdać służbowe sprzęty, pożegnać się z dziewczynami. Było mi smutno, bo przez 3 lata zżyłam się z dziewczynami z którymi pracowałam, z drugiej strony czułam ulgę stamtąd odchodząc. W drodze powrotnej wizyta w aptece kupno trzech różnych innych testów.
Następnego dnia rano kolejny test.


 Ewidentnie dwie kreski są. Szok , radość.. Emocji i uczuć milion na sekundę. Następnego dnia planowana wizyta w klinice. W poczekalni siedzieliśmy jak na szpilkach, do gabinetu mało nie wleciałam jak na skrzydłach. Ale bardzo szybko je podcięto.
Lekarz stwierdził , ze nic nie widzi. Ciąży nie ma. Wszystkie wyniki z poprzedniej wizyty mówią , że owulacji nie było. Mamy czekać dwa tygodnie, za dwa tygodnie się zobaczymy , zobaczymy co będzie. Kolejna lista badań do zrobienia.
Powrót do domu ponad 70km w ciszy. Kilka następnych dni nie wiem jak minęło. Beta Hcg rosła, progesteron spadał..
Trzeba było do tego skupić się na załatwianiu formalności z nową pracą.
Kolejna wizyta, lekarz patrzy na wyniki i mówi, że wyniki są kiepskie, robi usg pęcherzyk widoczny, ale mały. Znów mamy czekać.  Nie miałam na to siły.
Wychodzimy z kliniki, od razu dzwonię do swojego ginekologa. Wizyta na następny dzień.
Faktycznie wyniki nie są za dobre, pęcherzyk mały, ale zawalczymy. Dostaję serię leków , znów czekamy, po tygodniu kolejne badana. Wyniki znów kiepskie, zwiększamy dawki leków i dalej czekamy.
W międzyczasie jeżdżę na szkolenia, szykuję się do nowej pracy.  Lekko nie było. Czuję objawy ciąży, ciężko je ukryć w pracy.
W czasie kiedy byłam na tygodniowym szkoleniu poza miastem wypadła wizyta, czułam się cały dzień źle, do tego jakieś plamienie, jechaliśmy w ciszy, lekarz bardzo profesjonalnie zaczął rozmowę przed badaniem. Okazało się na szczęście,że maleństwo się rozwija prawidłowo pomimo moich złych wyników. Grunt to wytrwać do 12 tygodnia.
Do listopada niby żyłam, ale w jakimś zawieszeniu. Nowa praca, nowe obowiązki, szkolenia, kursy itp a tak naprawdę wszędzie byłam tylko ciałem.
Wizyty mieliśmy co 2 tygodnie , co tydzień wykonywanie jakieś badania z krwi.
Minął 10 tydzień. Z maleństwem wszystko okej , ale ja nie powinnam już pracować, a w pracy jeszcze  nie wiedzą, że jestem w ciąży, nie mogę położyć L4, żle się czułam z tym ,że tak ich "załatwiłam".
W końcu musiałam im powiedzieć. Na domiar złego pochorowałam się. Początek listopada i jakieś przeziębienie, L4, witaminy, miód, cytryna, imbir i walczę.
Minął magiczny 12 tydzień. Badania prenatalne. Maleństwo jest zdrowe, rozwija się prawidłowo.
Raczej dziewczynka , ale lekarz nie daje 100%. Maleństwo kiepsko się ułożyło. Walczy pomimo kiepskich moich wyników. Lekarz podnosi na duchu, jest świetnym psychologiem widzi ,że jesteśmy kłębkiem nerwów . Kolejne leki, kolejne skierowania na badania i definitywny zakaz pracy.
Nic mi nie zostało, L4  w pracy położone, ja leżę w domu.

 nasz synek w 12 tygodniu.


Kolejna wizyta i mamy synka !
Tym razem na pewno chłopak , pokazał co miał , babcia będzie ciut zwiedziona, nastawiła się na wnuczkę.
Nas nerwy nie odpuszczają. Martwimy się każdym bólem, skurczem i tym podobnymi objawami.
Do końca roku okazało się, że coś się dzieje z prawą nerką. Ból, dyskomfort zrzucałam na garb problemów z kręgosłupem, że przesilony, że źle siedziałam. W końcu dwa dni z rzędu okropny ból w boku, trwający pół godziny ale paraliżujący. Znów lekarz, znów skierowanie, kolejne badania i jest wynik, piasek w nerkach. Okej wiem co jest wiem jak uśmierzać ból, dam radę. Ważne , że maleństwu nic nie jest.

Rok 2017 to istny rollercoaster ! Życie odwróciło nam się o 180 ' i to kilka razy!
Pierwszy trymestr ciąży przeżyłam bardzo. Miałam wszystkie możliwe objawy ciąży: nudności, wymioty, osłabienie, migreny, senność (spałam po 12-16 godzin na dobę).  Do tego doszedł stres czy na pewno uda nam się , czy Maleństwo zawalczy , do tego zmiana pracy i postawienie ich w dość kiepskiej sytuacji.
Na blogu pojawi się też kilka wpisów "dzieciowych" . Powoli kompletuję wyprawkę więc pochwalę się co tam mi się udało upolować .
Jestem w 28 tygodniu ciąży , a wciąż nie wierzę w to co się dzieje. Jest to dla mnie tak ogromne szczęście.. Co prawda znów musimy na siebie uważać, ciąża znów jest w lekki ryzyku więc znów leżę. Będzie więcej postów :)

Rok zakończył się dobrze. Podsumowanie postanowień na plus.
Dopiero pod koniec stycznia odważyłam się kupić pierwszą rzecz dla synka. Wcześniej cały czas z tyłu głowy miałam, ze mogę zapeszyć.
Nasze wycieczki możecie zobaczyć w poprzednich postach. Brakuje wciąż posta z wakacji. Może wreszcie uda mi się go napisać.







Pozdrawiam 






Zakupowo

Lekarz kazał się trochę pooszczędzać więc od poniedziałku będę leżeć.... i pisać :)
Od poniedziałku ponieważ dziś jeszcze na szybko ogarniam mieszkanie, jutro jedziemy na weekend do rodziny Męża, przy okazji zahaczę o Ikea a wtedy od poniedziałku pełen relaks.
Mam do dokończenia książkę, w przygotowaniu dwa inne posty więc na trochę przykuje mnie to do łóżka.
 Mąż też powinien się ucieszyć, bo ostatnio co wyjdę do miasta, to wydaję duuuużo za dużo pieniędzy :P

Apropo wydawania pieniędzy .. w czwartek przeszłam się po sklepach typu Lidl, Kaufland i Biedronka. Robiłam w sumie zakupy spożywcze , ale wpadło mi kilka rzeczy z poza listy w ręce.
Część z nich pokażę Wam już dziś, część przy okazji kolejnego posta.
Pierwszy na planie wycieczki był Lidl, nabrałam tam na prawdę dużo rzeczy, dużo za dużo, ale specjalnie wzięłam więcej żeby móc przymierzyć, porównać i ewentualnie oddać coś jeśli jednak nie przypadnie mi do gustu i faktycznie połowa jest do oddania.

Łupy z Lidla.

Bluzka , jest to typowa bluzka dla kobiet z brzuszkiem (nie tylko tych ciężarnych) ma bardzo fajny krój i lekkie marszczenie z przodu na wysokości brzucha  przez co ładnie się układa i nie podciąga się pod czas chodzenia.  Starałam się jakoś na zdjęciu to uchwycić, ale niestety nie umiem robić ładnych zdjęć. Bluzeczka ma też fajny materiał. Według metki 95% bawełna.Rękaw jest w długości 3/4 , taką długość najbardziej lubię w tego typu bluzkach.
Kosztowała 28 zł



Top
W sumie to nie top a dwupak topów. Są to topy do karmienia. Mają takie specjalne wzmocnienie materiału na wysokości biustu plus dodatkowe niby wygodne (nie wiem nie znam się) zapięcia, które ułatwiają karmienie.
Bardzo lubię wszelkie topy jako koszulki , ale ze względu na mój nie mały rozmiar wiem , że nie wyglądam w nich zbyt korzystnie więc jak tylko jest możliwość dostania takich w dobrej cenie to chętnie kupuję jako koszulki "po domu".
Dwupak kosztował 35 zł. Ja wzięłam rozmiar XL, chociaż zmieściłabym się w L , ale wydawały mi się one przykrótkie i bałam się że pod czas chodzenia będą mi się cały czas podwijać, bo materiał jest bardzo przyległy do ciała. 



Dwupak biustonoszy.
Również to są biustonosze do karmienia. Tak jak w wypadku topów mają jakieś super zapięcia.
Koszt takiego dwupaku to 50 zł, moim zdaniem nie duża cena. Wydają się być zrobione z fajnego materiału, dobrze trzymają biust, przy czym nie wygląda on jak ... wygląda on korzystnie.
Nigdy nie lubiłam miękkich biustonoszy, ale jak to mówią tylko krowa nie zmienia zdania :P




Wzięłam jeszcze, ale na pewno oddam:
 bluzkę dwuwarstwową, wyglądałam w niej na plus 30 kg. Koszmarnie... do tego materiał z tej cieńszej warstwy był jakiś prześwitujący, bynajmniej w mojej wersji j miałam szaro- białe zestawienie. Możliwe , że przy mniejszej osobie bluzka ta wyglądała zupełnie inaczej, ale mi ona wcale nie odpowiadała,
jegginsy- wzięłam największy rozmiar również ze względu na mój wzrost, często zdarza się, że przy mniejszym rozmiarze nogawki są lekko przykrótkie. Coś z nimi było nie tak.. kiepsko się układały z przodu, pas na brzuch był mi za szeroki w pupie również wisiały ( nie możliwe coś w tyłku jest na mnie za duże :P ) a nogawki były tak wąskie że w łydki mnie cisnęły. Ogólnie z dość fajnego materiału zrobione. Nie ma mowy o prześwitujących majtkach, wbijającym się w brzuch dziwnie krótkim pasie, czy nie wygodnych grubych szwach, do tego materiał był grubszy przez co na pewno nie da się zmarznąć.
biustonosz sztywny, bardzo ładny kolor (przypadł mi do gustu róż), fajne wykonanie, na pewno dobrze też trzyma biust,ale dla mnie za płytka miska. miałam wrażenie że mój biust się z niego wylewa, nie wyglądało to ładnie więc też jest do oddania.
Jak dobrze , że w Lidlu mamy 7 dni na zwrot. Można spokojnie wziąć do domu , przymierzyć , przemyśleć i ewentualnie oddać.

Następny punkt Biedronka

Tylko dzięki temu,że była przeogromna kolejka zajrzałam w kosze i znalazłam dwie super rzeczy.
Jak mi moja ukochana Mariolka - polecam zajrzeć do niej klikamy ,( chociaż nie wiem czy to dobrze, że o niej tu wspominam bo wiem, że nie potrafię robić zdjęć, ale przy jej zdjęciach czuje się jeszcze gorzej ) powiedziała ostatnio mój mózg jest zaprogramowany na szare , mieszkanie szare, dodatki szare i ciuchy najchętniej też szare (Mariolka miłośniczka pasków) . No więc chcąc udowodnić jej i sobie, że wcale ze mną tak źle nie jest wpadły mi w ręce, a jakżeby inaczej dwie super szare bluzy ...


Bluza jest bardzo miękka i przyjemna w dotyku, na dole ma sznurek, lekko ściąga ją. Dzięki głębszemu wycięciu w dekolcie ładnie się układa. Kosztowała 30 zł , ja wzięłam rozmiar XL.
Fajne były też spodnie dresowe, ale mi się wydawało,że dla mnie miały za niski stan.



Druga bluza, to bardziej tunika .
Tutaj również wzięłam rozmiar XL mi sięga dokładnie za pupę, rękaw jest idealnej jak dla mnie długości , nachodzi lekko na dłoń, bluza jest grubsza niż ta poprzednia, ładnie się układa , nie wygląda piżamowo. Kosztowała 40 zł, o ile dobrze pamiętam były jeszcze dwa inne wzory, jedna szara ze ściągaczem na dole i kapturem, a druga w sumie taka sama jak moja tylko granatowa.





Z łupów jestem zadowolona, za nie duże pieniądze kupiłam sobie kilka rzeczy, które na pewno wynoszę .


Tymczasem zaklinam rzeczywistość, wmawiam sobie, że to wiosenne słońce i jest pięknie.
Tak na prawdę mó termometr pokazuje ciągle -4' C, w nocy było nawet -15 !!!
Lubię zimę, śnieg, mróz i te sprawy, ale teraz to już troszkę za dużo i wraz z końcem lutego powinien być koniec zimy.

Pozdrawiam Wiosennie :)

środa, 21 lutego 2018

Selfie Project 3 w 1 żel myjący, peeling, maseczka

Selfie Project 3 w 1 żel myjący, peeling, maseczka

Jest to dla mnie nowość jeśli chodzi o produkty tego typu do twarzy.
Jest to żel myjący, peeling i maseczka w jednym.
Ma on za zadanie: złuszczanie, zmatowienie cery, zapobieganie niedoskonałościom, odblokowywanie porów.
Przeznaczony jest dla skóry młodej z niedoskonałościami.

Moja twarz ostatnio ma spore problemy, albo się przesusza, albo wyrzuca mnie pryszczami jak jakąś nastolatkę.
Z tej firmy mam już jedną maskę, z czarnym węglem i jestem z niej zadowolona więc będąc w Rossmannie sięgnęłam po ten produkt.
Tubka 150 ml kosztuje około 15 zł, więc bez wyrzutu kupiłam ją dla przetestowania.

Według producenta jest to dobry produkt na oczyszczanie i wygładzanie skóry, głęboko złuszcza, odblokowuje pory, a skóra pozostaje czysta, świeża i matowa.
W skład wchodzi Węgiel bio aktywny, który działa antybakteryjnie, pochłania zanieczyszczenia, zwęża i oczyszcza pory.
Mineralna glinka kaolin - głęboko oczyszcza i reguluje wydzielanie sebum, reminalizuje skórę, przynosi odprężenie.
Zmielone pestki moreli, zapewniają skórze naturalny głęboko oczyszczający peeling, skóra staje się aksamitna w dotyku.


Produktu używam od około 2 miesięcy. Z początku bałam się używać często, myślałam że mnie wysuszy lub narobi jakiś większych szkód.
 Produkty jest on dość rzadki, trzeba ostrożnie się z nim obchodzić, żeby nie wylać za dużo, zwłaszcza na początku kiedy jest pełna tubka.
Ma sporo drobinek,  ma dziwny zapach, ale nie jest on gryzący i przeszkadzający kiedy maska jest na twarzy.
Maskę należy pozostawić na twarzy na 10-15 minut, w miarę upływu czasu maska robi się przezroczysta widać tylko drobinki.
Na rankach , których niestety mam sporo na twarzy lekko szczypało, lekko było czuć ściganie.
Po 15 minutach zmyłam maskę robiąc przy tym lekki peeling.
To co zauważyłam po pierwszym użyciu to: oczyszczoną twarz, zdecydowanie mniej widoczne wągry, bardziej zaczerwienione miejsca gdzie były jakieś ranki, twarz miękka, czuć tą świeżość i oczyszczenie, nie czuć ściągania, twarz się nie świeci.

Jako typowy peeling nie używam tej maski. Dla spróbowania użyłam go dwa czy trzy razy i na tym poprzestałam. Dla mnie był on zbyt ostry jako typowy peeling. 

Po pierwszych całkiem bezpodstawnych obawach polubiłam się z tą maseczką.
Używam jej 3-4 razy w tygodniu, na oczyszczoną twarz nakładam cienką warstwę na twarz i pozostawiam do wyschnięcia u mnie to jakieś 5-8 minut.
Później pod czas zmywania lekko peelinguję twarz delikatnie pocierając , tak jak wspomniałam dla mnie jest to dość mocny ścierak jak na moją twarz.

Efekt dla mnie jest zadowalający. Na tą chwilę nie mam żadnych wyprysków, plam i tym podobnych niechcianych gości. Sporadycznie pojawi się jakiś pryszcz, ale bardzo szybko znika. Zobaczymy jak będzie wyglądała moja twarz wiosną.
Wągry również się zmniejszyły, dla podtrzymania dobrego efektu raz w tygodniu używam czarnej maski z tej samej firmy oraz raz w tygodniu nakładam maskę np z Ziaja nawilżającą czy dotleniającą.

Myślę, że sięgnę ponownie po ten produkt.



niedziela, 18 lutego 2018

Denko

Moim postanowieniem na nowy rok było wyzbycie się wszystkich zapasów i rzeczy zbędnych w mieszkaniu.
Udało mi się zrobić konkretne porządki w dokumentach, przy ogarnianiu małego pokoju sporo rzeczy zostało wyrzuconych , to samo dotyczyło ciuchów z szafki "schudnę, może kiedyś założę itp".
Staram się też kurczowo trzymać tego postanowienia jeśli chodzi o kosmetyki.
Zrobiłam małą reorganizację i powyciągałam na wierzch rzeczy które już są na wkończeniu.
Nie zrobiłam niestety zdjęć wszystkich rzeczy które zużyłam, ale kilka zdjęć mam.

Jantar Mgiełka z wyciągiem z bursztynu.
Całkiem fajny produkt, nakładałam go głównie na noc przed myciem włosów.
Używałam jej w tym samym czasie co brałam tabletki Biotebal więc nie wiem w 100% czemu zawdzięczam wysyp małych świeżych włosków, ale na pewno dzięki tej mgiełce uspokoiłam sobie skórę głowy. Bardzo często zdarzały mi się wcześniej jakieś incydenty z łupieżem , jakieś ranki, wysypki czy swędzenie skóry głowy. Teraz nic z tych rzeczy mi się nie zdarza a nie zmieniłam szamponu ani swoich przyzwyczajeń dotyczących mycia włosów więc to zdecydowanie zawdzięczam tej mgiełce. Na pewno do niej wrócę, jak zużyję inne produkty do włosów.
Fajna też jest cena tej mgiełki ja chyba kupiłam ją za jakieś 10 zł na promocji, jest dość wydajna więc to kolejny plus dla niej :)




Ziaja Med, Kuracja antybakteryjna , krem redukujący trądzik.
Tego kremu nie zużyłam w 100 % w międzyczasie się "zepsuł" tzn był zbyt długo otwarty.
Krem nie zapychał, całkiem dobrze nawilżał i odżywiał skórę nie powodując wysypu nowych niespodzianek na twarzy. Nie używałam go regularnie więc nie zaobserwowałam jakiś super efektów. Ja nie mam przesuszającej się skóry na twarzy więc dla mnie był okej.



C-Thru charning
Perfumy, wody toaletowe, mgiełki do ciała.. to największy zapas w mojej toaletce.
Lubię chyba wszystkie perfumy z C-Thru mam ich trochę i po kolei teraz będę je wykańczać.
Ten konkretny moim zdaniem jest dobry na jesień/ wiosnę ma dość intensywny ( w porównaniu do innych Cthru) ale bardzo przyjemny zapach .
Jest to zapach owocowo kwiatowy.


 Batiste Original

Suche szampony z Batiste to moje must have w łazience. Nie wyobrażam sobie juz teraz życia bez nich. Staram się przetestować wszystkie rodzaje z tych szamponów.
Ten przypadł mi najmniej do gustu. Nie spodobał mi się jego zapach, na szczęście zapach nie jest wyczuwalny na włosach. Miałam z nim problem ponieważ nie ważne na ile go wcierałam, albo z jakiej odległości spryskiwałam nim włosy zawsze pozostawał mi na włosach lekko szarawy nalot.
Mam ciemne włosy u nasady więc może po prostu  nie jest on przeznaczony do ciemnych włosów, ale inne szampony od Batiste tego nie robiły więc raczej do tego konkretnego już nie wrócę.
Te szampony staram się zawsze kupować na promocjach i wtedy biorę większy zapas:)



Mam nadzieję, że niebawem pojawi się kolejny post z serii denko , ale już z większą ilością produktów :)



Metamorfoza szafy

Tak jak już wcześniej wspominałam szykujemy się do remontu małego pokoju.
Piszę , że się szykujemy ponieważ będzie on robiony dość mocno na raty w dni kiedy mój Mąż ma wolne od pracy.
Powoli już pokój jest ogarniany i coś tam powoli się dzieje.

Dla mnie najgorszym zadaniem było przejrzenie rzeczy uzbieranych w komodach i wyrzucenie tego co jest zbędne.. Ile ja miałam tam "przydasiów" .. jejku chyba zaczęła się pierwsza faza zbieractwa..
Ale powoli kilka dni zajęło mi segregacja i upychanie tych rzeczy w innych miejscach :)



Następnie przez dwa dni po pracy Mąż rozkręcał meble i znosił je do piwnicy.
Na szczęście udało nam się bez problemu znaleźć dla nich nowy dom.




W czwartek Mąż zabrał się za malowanie dużej szafy.
Postanowiliśmy jej nie wymieniać, ponieważ nic jej nie dolega, jest pakowna i w dobrym stanie.
Jedyne co nam w niej przeszkadzało, to był kolor. Nowe meble będą białe więc nie bardzo pasowała by do całości. Pierwszy pomysł to było kupno okleiny i jej oklejenie. Ale jak wiadomo okleina nie należy do tanich, a sama szafa ma sporo małych elementów i sporo było by z tym zabawy więc podjęliśmy decyzję, że najpierw spróbujemy ją pomalować, jak nie wyjdzie to w ostateczności ją okleimy.

Do malowania szafy kupiliśmy farbę Śnieżka Supermal.
Puszka 400 ml kosztowała około 16 zł i starczyła na półtora raza.
Sama szafa była malowana dwa razy, trzy razy malowane były drzwiczki z powodu innego materiału niż boki, farba trochę gorzej kryła.
Bardzo duży plus tej farby to brak zapachu. Szafę malowaliśmy w pokoju w którym stoi i nie unosił się na mieszkanie kompletnie żaden zapach, nie było czuć że coś się maluje.
Farba też bardzo szybko schła.



Do malowana używaliśmy wałka flockowego. Za dwa wałki zapłaciliśmy mniej niż 10 zł. Wałek ten nie pienił farby, łatwo nakładało się pożądaną warstwę , nie robiły się smugi ani żadne inne niechciane niespodzianki.


Tak wyglądała szafa przed malowaniem


Drzwi i szuflady szafy są w wysokim połysku i tu farba potrzebowała trzech warstw aby było idealnie.
Przed malowaniem cała szafa została przetarta dla odtłuszczenia benzyną ekstrakcyjną , następnie lekko zmatowiona drobnym papierem ściernym i ponownie przetarta benzyną ekstrakcyjną.


Tutaj szafa w trakcie malowania.
Na szczęście farba na tyle szybko zasychała, ze kot nie zdążył do niej się przykleić i narobić szkód i dla siebie i szafie :)


I szafa po .


Według nas szafa wygląda bardzo dobrze. Już świetnie komponuje się z nowym biurkiem, trochę teraz ginie na tle ścian, ale już mamy wybraną farbę na ściany i mamy nadzieję, że wszystko będzie się pięknie komponować.

Malowanie mebli na tyle mi się spodobało. a w sumie nie samo malowanie co efekt po, że już Mężowi znalazłam kilka rzeczy do odnowienia :)